Zawód – mama

Zostało mi półtora miesiąca do powrotu do pracy zawodowej. Wielokrotnie słyszałam z ust różnych osób, jak to mi dobrze: siedzę sobie w domu, luz-blues i nieustająca sielanka. I tak już półtora roku. Prawdziwy urlop. Takie jest społeczne postrzeganie matek przebywających na urlopach macierzyńskich albo, z wyboru, pozostającymi z dzieckiem dłużej. Jak bardzo się mylą, to wie każda kobieta, która tą Matką się staje (z wyboru własnego lub wyboru losu).

Źródło: flickr.com/ fot. the Italian voice CC BY 2.0
Źródło: flickr.com/ fot. the Italian voice CC BY 2.0

Często są one początkowo zupełnie nieświadome, jak ciężka jest to praca. Zderzenie z realiami jest przytłaczające. Maluch okazuje się być bardzo wymagający, nie ma właściwie czasu na zrobienie czegokolwiek poza opieką nad nim i pielęgnacją. Bycie mamą to stan ustawicznej gotowości bojowej, przez 24 godziny 7 dni w tygodniu.

Nie wiem, czy znany jest Wam pewien eksperyment. Pewna agencja z Bostonu umieściła w internecie ogłoszenie o pracy dla dyrektora operacyjnego. Ogłoszenie to zaliczyło miliony wyświetleń. Ok, stanowisko  dość chodliwe, ale czemu odpowiedzieć na to ogłoszenie zdecydowały się tylko 24 osoby? Ano przez wymagania, czasem określane jako nieludzkie.

No bo posłuchajcie:

– pełna i wyłączna dyspozycyjność czyli 135 godzin tygodniowo przez 365 dni w roku,

– nocki na porządku dziennym, praca w każde możliwe święto

– częste wyjazdy na delegacje

– bardzo mile widziany doktorat z psychologii, znajomość social media, medycyny, finansów, umiejęstności w zakresie sztuki kulinarnej,

– pozycja przy pracy głównie stojąca i pochylona

– częste lub nieustanne podnoszenie

– brak przerw

– umiejętność wykonywania 10-15 czynności jednocześnie.

To tylko kilka z wielu wymagań, które były zawarte w ogłoszeniu.

Dobra, wymagania – wymaganiami, ale pewnie za to sowicie płacą. Jakież było zdziwienie, gdy kandydaci usłyszeli jakie jest wynagrodzenie. Mieli bowiem dostawać Wielkie … nie, nie pieniądze. Wielkie NIC. A jeszcze większe było ich zdziwienie, gdy usłyszeli, że taką posadę mają miliony osób na całym świecie.

Jak się pewnie domyślacie – wszystkie te wymagania spełnia każda matka. I to o nią chodziło w tym ogłoszeniu, samo stanowisko było fikcyjne. Tutaj macie wideo z tym ogłoszeniem, także z napisami w języku polskim KLIK

Ale ileż w tym jest prawdy. Matka jest takim właśnie dyrektorem operacyjnym, ma wiele umiejętności i zdolności, godzi się na wszelkie niedogodności swojego stanowiska, stara się sumiennie wykonywać wszystkie swoje obowiązki. A na koncie nie przybywa. Ale największą zapłatą za to wszystko jest uśmiech na twarzy Szefa.

Wracając do pracy zawodowej po dłuższym czasie spędzonym na opiece nad dzieckiem, a już zwłaszcza szukając jej, kobieta powinna wpisywać w rubrykę Doświadczenie zawodowe – macierzyństwo. Niestety, pracodawcy z reguły krzywo patrzą na takie kobiety, traktują je jako te, które czas pobytu w domu przebimbały na kanapie, przed telewizorem, z miską chipsów. Nie zdają sobie sprawy z tego, że widząc taką lukę zawodową w CV mają przed sobą mistrza w organizowaniu sobie obowiązków (u mnie długo był z tym problem, ale za chwilę przypomnę dlaczego) i tak naprawdę pracownika idealnego, który w pełni odda się zleconym obowiązkom. Pracownika multispecjalizacyjnego i kreatywnie myślącego. A oni nie, szukają kogoś, kto ma 6485926485 szkoleń w jednym kierunku i wieloletnie nieprzerwane doświadczenie zawodowe.

Ja częściowo też miałam zupełnie inne wyobrażenie o byciu mamą dwójki dzieci. Wiki była dzieckiem, przy którym dało się zrobić coś jeszcze. Dlatego z optymizmem wzięłam roczny urlop macierzyński, z nastawieniem, że przez ten czas poświęcę się im obu i będzie jeszcze czas na typowe obowiązki domowe. I dostałam po dupie. Oliwka przez te swoje „drzemki” była dzieckiem wysokoobsługowym. Ten krótki czas, gdy w ciągu dnia przytulała się z Morfeuszem,  starałam się choć w minimalnym stopniu być cała dla Wiktorii, zapewnić jej mnie całą, tylko dla niej. Ile się dało, to byłam. Pojawiło się poczucie winy, no bo jak to? Miałam takie ambitne plany bawić się z nią kreatywnie, gdy Oliv będzie spała te 2-3 godziny. A tu nic, moje plany legły w gruzach. Dlatego ochoczo wysłałam ją do przedszkola, podczas gdy ja „siedziałam” w domu. Tam przynajmniej w pełni poznała, co to nożyczki, plastelina itd.

A ja już ze spokojem sumienia oddawałam się pracy dla wymagającej Prezesówy i usiłowaniu pogodzenia tego z byciem typową kurą domową.

Macierzyństwo to też zawód. Zawód, w którym praca zapewniona jest do końca życia. Ale jest to zawód, którego nie uczą w stacjonarnej szkole, nie ma na studiach przedmiotu „Macierzyństwo”. I mamy odwrotną kolejność niż ma to miejsce w przypadku innych standardowych zawodów. Najpierw Mamą się stajemy (rodząc dziecko w taki czy inny sposób), a dopiero potem się tego uczymy i od razu jest to nauka w praktyce. Można przeczytać miliony gazet i książek poświęconych macierzyństwu i opiece nad maluchem, ale i tak to nie da nam nawet 1/8 teorii.

Dobra, przedmiotu w szkole nie mamy, ale za to mamy swoisty egzamin. Co gorsza – w trakcie naszej praktyki ten egzamin jest nieustający. Nie ma plusów i minusów, jest za to: albo zdałaś, albo nie. Szef i jednocześnie nauczyciel ocenia Cię na każdym kroku. A ostateczna ocena z tego egzaminu jest mocno odroczona w czasie. O jego wyniku świadczy to, jakim Twój Szef będzie człowiekiem, jaki będzie miał świat wartości.

Także tego, mamuśki szukające pracy – cycki w górę i do przodu, bądźcie świadome swoich umiejętności, nie poddawajcie się tym, że tu zamknęli Wam drzwi przed nosem. Gdzieś tam inne stoją przed Wami otworem 🙂 Luka w zawodzie wcale nie oznacza luki w pracy. Pamiętajcie, pracę będziecie mieć już zawsze 🙂

2,413 total views, 1 views today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge