Wywiad z … samą sobą. Bo życie pisze różne scenariusze.

Ostatnio na blogach przeróżnej maści lubią pojawiać się wywiady. Z innymi blogerami, ze specjalistami, z gwiazdami światka showbusinesu czy wschodzącymi gwiazdeczkami w dziedzinie tego i tamtego. Mój wywiad jest inny.

 

Ten wywiad jest dla mnie formą autoterapii. Chodzi o przelanie na klawiaturę tego, co we mnie tkwi już od dawna. Przez ten wywiad chcę się zmierzyć sama ze swoimi obawami, spojrzeć na to wszystko niejako innymi oczami. Także Twoimi, drogi Czytelniku. Miałam wiele podejść do napisania go, tworzyłam go w głowie wielokrotnie. Jednak rozgoryczenie, wściekłość i uczucie zawodu tak głęboko jeszcze we mnie siedzą, że wyłaziły w co drugim słowie. I zgniatałam to i wyrzucałam do kosza. Nie chciałam, żebyś w ten sposób widział moją sytuację. Ta wersja, którą właśnie będziesz czytać jest napisana pod wpływem jednokrotnego impulsu. Impulsu mobilizacyjnego. Do tego, żeby w końcu wziąć się w garść. No to się biorę. Ta zgnieciona poniżej kartka to nie tylko znak tego, że to jest 15 wersja tego wpisu. To przede wszystkim znak tego, że coś zaczyna się na nowo. Pewne strony mojego życia zostały wydarte, zgniecione i wyrzucone do kosza, a przede mną stoją, nowe, czyste, gotowe do zapisania.

2240873501_d05130f9f5_z
Źródło: flickr.com/ fot. *_Abhi_* licencja CC BY 2.0

Wywiad ten stworzyłam na podstawie rzeczywistych pytań zadawanych mnie na przestrzeni ostatniego roku przez różne osoby, bardziej lub mniej zaznajomione z sytuacją.

Ostatnie miesiące były dla mnie ciężkie, kolejne będą niewiele lżejsze… Ale do rzeczy:

Ale Ty schudłaś? Jak Ty to robisz?

Mam dietę. Najlepszą na świecie. Ale niestety, nie polecę jej nikomu, nawet najgorszemu wrogowi.

Tzn.?

Mam w brzuchu „tasiemca”. Czy uzbrojony, czy nie, tego nie wiem. W każdym razie wyżera ze mnie to, co zjem. Wyżera nawet potrzebę jedzenia. W najgorszym okresie bywało, że jadłam znikome ilości, jak wróbel. Jadłam, ze ściśniętym z bólu gardłem. I odruchem wymiotnym. Bywało też, że przez cały dzień nie zjadłam praktycznie nic. Ze strachu przed tym, że to co zjem, to oddam. I z bezsilności. Nie miałam sił, energii na to, żeby nawet pomyśleć o tym, że wypadałoby coś zjeść. Ssanie w żołądku z czasem znikało, rozchodziło się po kościach. Mój tasiemiec we mnie żyje nadal, choć teraz jakby się uspokoił, stracił na swojej zachłanności, przeszedł w fazę uśpienia. W ciągu ostatnich 2 miesięcy przytyłam 2 kg.

Nic po Tobie nie widać, że przytyłaś…

Eee, ja widzę 😉 Swego czasu często słyszałam, że wyglądam jak śmierć, że mnie wiatr przewróci, że mnie coraz mniej, że jeszcze chwila i zniknę. Opinie te wywoływały uśmiech na mojej twarzy, żartowałam z tego, ale w głębi ducha w pełni zdawałam sobie sprawę z tego, że nie wyglądam najlepiej. Ważyłam wtedy poniżej 50 kg. Teraz ten pułap przekroczyłam 🙂 Jest sukces.

Myślisz, że uda Ci się znów wyglądać jak człowiek, a nie jak patyczak?

Myślę, że tak, choć nie wiem też na ile pozwoli mi ten mój tasiemiec.

Co to w końcu jest ten tasiemiec?

Stres. Silny. Obezwładniający. Odbierający chęć do czegokolwiek.

Ty i stres??? Jak to?? Ty, zawsze taka radosna. Dwójka fantastycznych dzieci, mąż, nowy dom, praca… Gdzie tu miejsce na tak silny stres??

No właśnie. Życie nie zawsze jest takie kolorowe, jakim się wydaje być. Dla mnie to, co powinno być moją radością, stało się przyczyną mojego stresu.

Tzn.? Jeśli oczywiście mogę wiedzieć…

Moje życie się wali. Tak myślałam jeszcze rok temu. Teraz podchodzę do tego inaczej. Moje życie się zmienia. Od 2 miesięcy mieszkam sama z dziewczynkami. Wyprowadziłam się. W końcu.

Ale jak to??? Czemu??? Przecież Wy ze sobą, już tyle lat… Co się stało?

Życie pisze różne scenariusze. Okazało się, niestety dopiero po wielu latach związku, że moje priorytety i priorytety Dominika bardzo się od siebie różnią. Tak jakby nasze drogi się rozjechały. A może one zawsze biegły w różne strony, tylko my na siłę próbowaliśmy je ponaginać na wspólny kierunek? Nie wiem. Wiem tyle, że ostatnie właściwie 2 lata to była równia pochyła. On coraz bardziej się oddalał od bycia z rodziną, coraz więcej przesiadywał w pracy. Doszło do tego, że nie było go już przed naszą pobudką (ja byłam wtedy na macierzyńskim), wracał o 20-21, gdy dzieci albo już spały, albo się kładły do łóżek. Nawet gdy wracał, to tak, jakby go nie było. Miał swoje obowiązki domowe i zawodowe, którym poświęcał lwią część pobytu w domu. A ja i dziewczynki żyłyśmy jakby same sobie. Ja wiem, że potrzeby finansowe były duże, dom chłonął spore koszta, tu jeszcze dwójka małych dzieci. W moim odczuciu u niego liczyło się tylko zarabianie na dom, u mnie z kolei przede wszystkim potrzeby dzieci. Zapomnieliśmy o sobie, o nas. Nie chcę się tu rozpisywać o wszystkich problemach, w każdym razie próbowałam się z tym życiem pogodzić, łudziłam się, że z czasem będzie lepiej. Nie twierdzę, że sama byłam idealną żoną. Absolutnie, wiem, że nie byłam, wiem gdzie popełniłam błędy. Na tyle ile umiałam, na tyle ile mi ten mój tasiemiec pozwalał – próbowałam- w sumie sama nie wiem – co. Ocalić małżeństwo? Wskrzesić miłość? Uratować moje marzenia o rodzinie idealnej? Nie wiem. Czułam się w tym wszystkim okrutnie samotna, potwornie zagubiona, obezwładniona przez to, że nie mogę, nie umiem sobie i nam pomóc. Miałam mętlik w głowie, a zarazem zupełną pustkę, chciałam zrobić wiele, a wychodziło na to, że nie robiłam właściwie nic (poza oczywiście zajmowaniem się dziećmi).  To przygniatało do podłogi jeszcze bardziej, z każdym dniem pozbawiało resztek sił koniecznych do tego, żeby się podnieść, odbić. Psychicznie byłam wrakiem. Jedyną siłę dawały mi dzieci. To dla nich musiałam się zebrać do kupy, zadbać o posiłki (głównie ich), o jako taką codzienność. O ironio – to na nich, Bogu ducha winnych, skupiał się mój stres. Byłam okropnie nerwowa, wszystko mnie drażniło, każda ich sprzeczka, każdy jęk i stęk. Sytuację pogarszały problemy Oliwii z drzemkami, płaczliwość, Jej rehabilitacja, wizyty u lekarzy. Wyglądało to tak, jakby macierzyństwo było dla mnie karą (choć moje uczucia są i były odmienne o 180 stopni).

Nie szukałaś nigdzie pomocy? A rodzina, jak na to reagowała?

Nikt o niczym nie wiedział. Jestem bardzo skrytą osobą. Nie lubię rozmawiać o problemach, zwłaszcza tak trudnych dla mnie, bardzo intymnych. Wychodzę z założenia, że własne brudy pierze się we własnym gronie. A poza tym liczyłam na to, że wszystko się zmieni.

A co się stało, że jednak się podniosłaś?

Doszło do tego, że dostałam MOTYkopa. Nie będę się tu już roztkliwiać nad tym, niemniej ten MOTYkop tak mnie zmobilizował, że poprosiłam o pomoc grupkę znajomych (z tego miejsca chciałabym z całych sił podziękować wszystkim, którzy w taki czy inny sposób mobilizowali się do pomocy). Im dalej to szło, tym, o ironio, ja bardziej się podnosiłam. Widziałam, że nic już nie zabrnie w dobrym kierunku. W końcu doszło do najboleśniejszej dla mnie rozmowy – rozmowy z moimi Rodzicami. Do dziś, choć niedługo minie rok od tego czasu, serce mi się ściska z bólu na wspomnienie tej (i kolejnych) rozmowy. Ja patrzę na to w kategoriach tego, że Ich zawiodłam, bo nie ułożyłam sobie życia tak, żeby być szczęśliwą, przez co Ich też skazuję na cierpienie, że swoją sytuacją życiową dokładam Im problemów. Jestem takim typem człowieka, co wiele rzeczy bierze do siebie (często aż za bardzo). Możliwe, że wcale tak nie myślą, niemniej nie umiem sobie wybaczyć tego, że skazałam Ich na bezpośredni kontakt z tak trudnym tematem jakim jest rozwód dziecka. Ale od tamtej rozmowy coś (bardzo duże COŚ) się zmieniło. Poczułam, że ja naprawdę nie jestem sama, że poza dziećmi mam rodzinę, która zrobi wszystko, żeby mi pomóc, że mam zwartych i gotowych do pomocy Przyjaciół. Zaczęłam żałować, że Oni wszyscy dowiedzieli się o tym tak późno, że tak długo byłam z tym problemem całkiem sama.

A czemu dopiero teraz się wyprowadziłaś? Skoro widziałaś, że Cię to niszczy, czemu wcześniej nie wzięłaś sprawy w swoje ręce?

Hmm… Zakończenie naszego małżeństwa to nie taka prosta sprawa. Formalnie to może i nie jest większy problem, ale są też zobowiązania, przede wszystkim finansowe (te wobec dzieci są, nieformalnie, ale jednak są, podzielone). Zamknięcie spraw finansowych najbardziej opóźnia cały proces. Dominik podobno nadal dąży do tego, żeby sprawę zakończyć. Ale wyprowadziłam się, bo żyłam jak na bombie z opóźnionym zapłonem, która w każdej chwili mogła wybuchnąć. Zanim się wyprowadziłam doszło do wielu złych sytuacji, padło zbyt wiele złych słów. Nie umiałam tak trwać już dłużej. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby nie pomoc moich Rodziców to, zmuszona sytuacją, tkwiłabym tam nadal.

Gdzie Wy teraz mieszkacie?

W mieszkaniu. To mieszkanie po mojej Babci. Dzięki moim Rodzicom, Ich pomocy, przede wszystkim finansowej, mieszkamy w ludzkich warunkach. Mieszkanie jest po kapitalnym remoncie. Gdyby nie Ich pomoc, to koniec końców musiałabym mieszkać w jakimś wynajętym gnieździe, płacąc horrendalne pieniądze za wynajem. Żadne słowa, żaden gest, nie wyrażą tego, jak bardzo jestem Im wdzięczna. Gdyby nie Oni, moje obecne plany przedstawiałyby się w czarnych barwach.

A jak na tą wyprowadzkę zareagowały Dziewczynki?

Hmm… Trudne pytanie. Oliwia jest jeszcze mała, nie wiem na ile to rozumie. Wiki rozumie dużo więcej, o wielu rzeczach wiedziała. Obie były od kilku miesięcy zaznajamiane z faktem, że będą mieszkać gdzie indziej, tylko ze mną. Na początku to była dla nich atrakcja, wszystko nowe, inne. Teraz już przeszły nad tym do porządku dziennego. Uczą się życia na mniejszym metrażu, z sąsiadami za ścianą i pod podłogą. Dla nich największą zmianą był właściwie tylko adres, warunki mieszkaniowe. Do nieobecności swojego taty były przyzwyczajone. Myślę, że to bardzo ułatwiło Im oswojenie się z tą zmianą.

A jak Ty sobie radzisz z samotnym rodzicielstwem?

Wiesz, ja tak prawdę powiedziawszy, to już właściwie 2,5 roku jestem samotną matką. Albo inaczej – samodzielną. Przez to, że Dominika przez większość czasu nie było, nauczyłam się dawać sobie radę z ich wychowaniem. Umiem radzić sobie z kłótniami Dziewczynek,  wiem, kiedy mogę na te kłótnie przyzwolić, umiem zająć Im czas inaczej niż przez włączenie telewizora, nauczyłam się spędzać z Nimi cały czas. Czasem się ponudzimy, czasem pooglądamy bajki. Teraz najgorszy jest moment, gdy na krótszy lub dłuższy czas idą do swojego taty. Staram się po sobie tego nie pokazywać, żeby nie miały poczucia winy, że mnie zostawiają. Wiki jednak wiele po mnie wyczuwa. Gdy ubieram Ją do wyjścia, często pyta mnie, czemu mam taką smutną minę. Wie czemu. Uśmiecham się wtedy do Niej, robię dobrą minę do złej gry. A w środku aż mnie rozrywa. Gdy wyjdą – często płaczę. Ale staram się sobie na to nie pozwalać. Odganiam myśli, zajmuję się czymś, co normalnie z Nimi przy boku jest trudne do wykonania, idę na zakupy, sprzątam. Jednak gdzieś tam, z tyłu głowy, nieustannie tkwi ta myśl, co Młodzież teraz robi, czy idą już spać, czy nie obżarły się słodyczami, czy nie kłócą się zbytnio. I … Czy tęsknią. Czy pomyślą czasem o mnie. Tak, to też. Chyba nawet przede wszystkim. Wiem, że to chore, że krzywda Im się nie dzieje, że na pewno się fantastycznie bawią. Niemniej, ja jestem przyzwyczajona do bycia z Nimi przez właściwie cały czas. Nie umiem odgonić tych myśli. Liczę na to, że z czasem będzie mi łatwiej. I ta pustka. Ta cisza. Przeraźliwa. Głucha, a jednocześnie a dźwięcząca w uszach. Wszechogarniająca. Nie umiem się odnaleźć w takim spokoju. Brakuje mi Ich kłótni 15 razy na godzinę. Tych jęków i stęków. Tych głosów.

Nie tak pewnie wyobrażałaś sobie szczęście swojej rodziny?

Pewnie, że nie. Wiem, że problemy, czy to większe, czy mniejsze, pojawiają w każdej rodzinie. Grunt to umieć sobie poradzić z nimi. RAZEM. Miałam piękny ślub, fantastyczne wesele, choć z przebojami, to wszystko udało się super. Były śliczne pamiątki, film, którym nie był typowym nagraniem. Piękna zapowiedź szczęśliwego małżeństwa. No właśnie… Początek był piękny, koniec – to upadek z impetem. Jak to pisał Norwid „Ideał sięgnął bruku”. Zostały tylko gruzy. A na tych gruzach dwójka małych dzieci. Teraz gdy słucham opowieści, że ktoś wręcz załamuje się, że w dniu ślubu lał deszcz, że to się nie udało, czy tamto, to aż mi się krzyczeć chce, że nie warto przejmować się takimi pierdołami. Ja w dniu ślubu pogodę miałam cudowną, niebo właściwe bez ani jednej chmurki. Parę dni wcześniej Polskę nawiedzały ulewy, podtopienia… Byłam szczęśliwa, że taki fart nas spotkał. Mówili mi, że to znak, że zapowiada mi się piękne życie. Tiaaa…  Jak już bym mogła wybierać, to wolałabym mieć brzydką pogodę w dniu ślubu, ale za to małżeńskie dni pełne słońca.

Co teraz daje Ci siłę?

Dzieci. Tak, wiem, może i wyświechtany banał. Ale jakże prawdziwy. To dla Nich wszystko robię. I po trosze dla siebie samej. Gdyby nie One, to na wielu sprawach już dawno położyłabym krzyżyk. Wiesz co jeszcze daje mi siłę? To wszystko pozwoliło mi poznać dogłębnie samą siebie. Zawsze tkwiłam w przeświadczeniu, że jestem słabą babą. To, co się stało, to że znosiłam to wszystko w głową uniesioną do góry, że nikt się nawet nie domyślał tego, że coś się złego dzieje, pokazało mi, że jednak chyba jestem babą o bardzo twardym tyłku. I mocnej psychice. I cierpliwości. Stałam się silniejsza psychicznie (a może zawsze byłam, tylko teraz to sobie uświadomiłam). Widzę, że choćby nie wiem co się działo, to ciężko mnie złamać. Zobaczyłam, że mimo, że tak długo byłam z tym wszystkim sama, to PODOŁAŁAM. Wyszłam jakby obronną ręką. A gdy z różnych stron pojawiła się pomoc, było już tylko łatwiej 🙂

Nie jesteście jeszcze po rozwodzie. Myślisz, że jest szansa, żebyście do siebie wrócili? Tak dla dobra dzieci?

Raczej nie. Za dużo się wydarzyło, teraz tak naprawdę się poznaliśmy, że raczej to niedopasowanie było od zawsze, tylko utajone…. ….. Nie, na pewno nie. Przynajmniej z mojej strony. I to właśnie dla dobra dzieci. Ile razy to pytanie już słyszałam, to od razu przed moimi oczami jawi mi się moja osoba z tamtego okropnego czasu. Jeden wielki strzęp człowieka, wrak. Nie chcę, żeby moje dzieci miały taką matkę. Chcę, żeby ze swojego dzieciństwa pamiętały mnie jako mamę, która jest szczęśliwa.

A jesteś szczęśliwa?

Ciężko na to pytanie odpowiedzieć. Jestem szczęśliwa, bo zaczęłam oddychać. Bo mam plany na przyszłość, w których widać żywe kolory, a nie tylko szarość, czerń i biel. Bo zawsze będę miała kogoś, kogo będę kochała i kto mnie będzie kochał miłością bezwarunkową. Bo wiem, że nigdy nie będę sama. Z drugiej strony nie jestem szczęśliwa, bo nie udało mi się zrealizować mojego najważniejszego życiowego celu – założenia szczęśliwej, kochającej się rodziny.

Będziesz szukała nowego związku?

Ja nic nie szukam. Muszę być przede wszystkim dla dzieci. Pomóc Im odnaleźć się w nowych warunkach. A co dalej? Nie wiem. Wiem tylko jedno – ja nie jestem stworzona do samotności. Dziewczyny kiedyś dorosną, założą swoje rodziny. Boję się takiej samotności. Ale na siłę nikogo nie będę szukać. Jeśli znajdzie się ktoś na tyle głupi i na tyle odważny, że będzie chciał związać się ze mną w pakiecie z Dziewczynkami to … zobaczymy. Życie pisze różne scenariusze.

 

13,233 total views, 141 views today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge