Urodzinkowo-wspominkowo vol. 2

Buch, stało się, Oliwia nie jest już niemowlaczkiem, wkroczyła w etap małego dziecka. Trochę mi smutno z tego powodu, bo uwielbiam niemowlęta, ale z drugiej strony nie mogę się doczekać, aż będzie taaaka duża 🙂 A skoro jest już mowlaczkiem, to znaczy, że zacznie się z nami porozumiewać w sposób bardziej dla nas zrozumiały. Się okaże. A tymczasem…

środa, 19 czerwca 2013

godzina 6.00

Budzą mnie skurcze. Nieregularne, ale 3-5 minut. Oj, oj, oj, co robić? Dzwonić do lekarza, czy nie dzwonić?

Schodzę na dół, kładę się na kanapie z myślą, że poleżę trochę, poczekam i poobserwuję.

Mija pół godziny, skurcze się nie wyciszają, są nadal, ale już z częstotliwością 4-5 minut. Niemniej – trwają. Małżonek jedzie do pracy zostawiając dyspozycję, że jak coś, to mam po niego dzwonić.

Bujam się z myślami, czy dzwonić do lekarza, bo nie wiem co robić. W końcu podejmuję decyzję o telefonie. A tu BUM! Skurcze się skończyły. No masz cię Babo! Weź się zdecyduj. Ja Cię już ponad tydzień wyganiam, tydzień skakania na piłce i po oknach, nawet okna dachowe umyłam (myjecie okna dachowe?) a to nie należy do najłatwiejszych czynności z taaaką torpedą z przodu. A Ty uparta jak osiołek, w końcu jak już wygląda, że się decydujesz to w ostatniej chwili robisz taki zwrot akcji? Taki odwrót? Nieładnie! Ale nie, nie bój się, weszłaś to i wyjdziesz, prędzej czy później.

Sobota, 22 czerwca 2013

Od samego rana nie opuszcza mnie wrażenie, że urodzę dziś albo jutro. Ogarniają mnie małe drżączki, moje ręce i nogi żyją własnym życiem. Nie żeby nerwy czy strach, bo ten o dziwo mnie nie przychodzi, ale tak jakoś dziwnie się czuję. Nie źle, ale jakoś … dziwnie… Ciężko nazwać to odczucie.

Do południa jeszcze zajęcia z Igorem, a później szykowańsko na imprezę imieninową szwagra. Oj, ile ja tam słodyczy zjadłam. Toż przecież niedługo będzie się trzeba się z nimi ograniczać, co by Młodzieży zapewnić łagodny start żołądkowy.

Wiktoria wyszalana z kuzynkami, ja wymęczona siedzeniem – obie padamy wieczorem na kanapę.

niedziela, 23 czerwca

godzina 7.45

Budzą mnie bóle, takie bolesne bóle. Nie to samo co w środę. Wtedy tylko lekkie stawiania, a teraz to już takie fest. Częstotliwość – znów nieregularnie – co 3-4-5 minut. I czekam, bo może Młodzież znów zabawę w podchody urządza. Ale skurcze nie mijają.

godzina 8.45

Zapada decyzja, że chyba trzeba zacząć się szykować do szpitala, bo wygląda na to, że to już nie są żarty. Oporządzam się w łazience, nawet włosy prostuję, bo przecież trzeba na porodówce wyglądać jak człowiek (możecie sobie wyobrazić jak wyglądało to prostowanie, jak mnie skurczało co chwilę – trwało 3 razy dłużej 😉 ). Dopakowuję torbę, Małżonek odpompowuje piłkę. Wszystko jak na zwolnionym filmie, bo skurczybyki nie odpuszczają, a wręcz przybierają na sile.

Stoję i nagle czuję PLUM! Coś wyciekło. Ok, to już naprawdę nie przelewki, Wygląda na to, że Oliwia się ostatecznie zdecydowała, tylko coś tu za szybko idzie.

Małż dzwoni po babcię, żeby przejęła opiekę nad Wiktorią. Przybiega jak na sygnale, zbierając po drodze jeszcze szwagrowstwo. Cała wycieczka, jakby turystyczno-krajoznawcza 🙂

Konsumuję jeszcze banana, bo kolacji i śniadania nie jadłam, a siły trzeba mieć.

Jeszcze cmok dla Wiktorii, która tylko przerażonym wzrokiem przygląda się temu wszystkiemu, co się dzieje wokół niej. I jedziemy.

godzina 10.10

Jesteśmy w samochodzie. Ale ta jazda po naszej „ulicy”… KOSZMAR. Dziura na dziurze, jednocześnie skurcze. Jedyne o czym marzę, to lewitacja…

Jeszcze telefon do mamy, że nie będzie nas na obiedzie. I szybkie życzenia dla taty.

I telefon do lekarza, że Młodzież się zdecydowała i jedziemy się rodzić. A ten mnie informuje, że jego nie ma, a dyżur ma kto inny. Bajka, największy „rzeźnik”. Ale cóż, nie mam na to wpływu, ważne, żeby Młoda się urodziła.

10 minut jazdy i jesteśmy na miejscu. Jeszcze szybko przejść przez parking (ok. 100 metrów, a w tym czasie 2 skurcze były, daje to jako taki obraz o ich częstotliwości).

W końcu docieramy na izbę przyjęć. Tam koszmarnie długa papierologia.

W pewnej chwili kobitka się pyta:

P: Co ile pani ma skurcze?

Ja: Nie wiem, ale często

P: A tak mniej więcej?

Ja: Chyba co 2-3 minuty

Pani w szoku: Nie dało się później przyjechać??? Tutaj często przyjeżdżają takie, które mają skurcze co 10 minut i twierdzą, że to często!

Ja: Ale ja dużo rzadszych nie miałam :p

Wypełnianie dokumentacji po całych wiekach dobiega końca i można iść. Niech tylko ten skurcz jeszcze przejdzie. Dziarsko odmawiam skorzystania z wózka inwalidzkiego (Co ja, inwalida? Ja tylko rodzę!)

Po drodze przypominam sobie, że winda na porodówkę jest „nieco” dalej niż ta ogólna. Droga dłuży się okropnie, a czas do następnego skurczu nieubłagalnie się kurczy. Tak jak mój brzuch. W końcu jest, docieramy na miejsce. W ostatnich sekundach, bo ledwo mijamy próg, już czuję spinanie. Jeszcze mam pół sekundy, by złapać się drążka w windzie, bo skurczybyk zwala z nóg. Dobra, trzymam, możemy jechać. Jazda windą w trakcie skurczu – mega intensywne doznanie. POLECAM 🙂  W przedbiegach odpadają karuzele, wielkie huśtawki i inne rollercoastery.

Jesteśmy na porodówce a tam kolejna papierologia. Uwzięli się na mnie. I jak tu się skupić i zastanawiać kiedy była pierwsza miesiączka czy przypominać sobie pół swojej historii medycznej, kiedy masz potworne skurcze co 2 minuty?? Zaglądam na salę porodową, leży dziewczyna. Szczęśliwa, ma już dzidziusia przy sobie. Przede mną czort wie, ile jeszcze.

Mija z 15 minut, w tym czasie ja dalej się męczę z dokumentacją i skurczami, a położne odprowadzają dziewczynę z porodówki na rooming i salowa szykuje łóżko dla mnie. Można by rzec – łoże boleści.

Okolice godziny 11.00

Wreszcie papierologia dobiega końca, i położna każe się przebrać i położyć na badanie. Obie te czynności są bardzo trudne do wykonania zważywszy na to, że co chwilę mnie mega boleśnie skurcza. Podpinają mnie do wyroczni, czyli KTG, zerkam ukradkiem na wyświetlacz, a tam – fiu, fiu, wesoło. Położna sprawdza podwozie i mówi, że jeszcze chwila i będziemy rodzić. Yyy, CO???. Okazuje się, że rozwarcie właściwie pełne tylko jeszcze trzeba poczekać, aż główka zejdzie niżej.

Tak sobie czekamy i pogawędki urządzamy, sielankowa atmosfera, żarty, ogólna wesołość, jak na jakimś pikniku a nie sali porodowej. W międzyczasie przychodzi lekarz, bada i pociesza, że głowa duża i dziecko też na duże wygląda. BAJKA… Jak tu ją urodzić i jednocześnie zachować zdolność widzenia? Na koniec doktorek ordynuje jeszcze podanie kroplówki (nie wiem nawet co, raczej nie oksytocyna), i znów wiszę na smyczy.

Rozmów z położną ciąg dalszy:

Ja: Kurcze, a mąż zapomniał zabrać piłkę (ostatecznie piłka została w domu, naszykowana do zabrania), to bym poskakała i ta główka by może szybciej się wstawiła.

Położna: Proszę pani, ale na piłkę to tu już za późno!

A za chwilę:

Położna: A plan porodu pani ma?

Ja: Nie, nic takiego nie pisałam, ani nie wypełniałam.

Położna: Oj, no to niedobrze. Papier musi być.

Ostatecznie wyszło na to, że mój plan porodu sporządził jaśnie pan małżonek 😀

Po jakimś niedługim czasie zaczynają się skurcze parte. Próbuję wycisnąć, lekarz sprawdza, po jego minie wnioskuję, że coś nie tak idzie. Każe jeszcze położnej wyczuć ciemiączko. Strach mam w oczach, w głowie milion myśli na sekundę, co się dzieje. W końcu słyszę magiczne „JEST”.

I wtedy idzie piorunem. Czuję, jak wychodzi główka, jeszcze 2 skurcze i  o 11.35 Młodzież wyskakuje. Leniwie (jak na niedzielne dziecko przystało) dochodzi do siebie, kładą mi ją na brzuchu i każą pobudzać. W końcu się ożywia i wydaje z siebie głośne powitanie. Najpiękniejszy dźwięk na świecie (który z czasem staje się obrzydły do szpiku), wynagradzający wszelkie trudy porodu.

Biorą ją na plażę w celu zbadania i dokonania ogólnych oględzin, a mnie zaczynają cerować po nacięciu. Nagle z ust neonatologa słyszę: 4 kilo! A ja: Słucham? ILE? Nie mogłam uwierzyć, że taki Pulpet mi się uchował 🙂 Nie na darmo torpeda była 🙂

W końcu zostawiają mnie w spokoju, Oliwię oddają i można zacząć nacieszanie się sobą 🙂

A oto i Ona, Oliwia Marianna, 4 kg, 56 cm

2013-06-23 12.14.01

2013-06-23 13.59.04

Generalnie wszyscy, którzy w moim porodzie uczestniczyli, byli pod wrażeniem tego, że ja, dziewczyna tak drobnej postury dała radę urodzić sama takiego klocka w tak krótkim czasie 🙂

godzina 14.00

Dopiero co dotarłyśmy na rooming a Oliwię już mi zabierają. Na chwilę, bo trzeba założyć wenflon. Jako dużemu dziecku z marszu zrobili jej po urodzeniu badanie poziomu cukru we krwi i okazuje się, że ma hipoglikemię 🙁 Już o godzinie 15.00 podłączają ją do kroplówki z glukozą. I tak wisi do północy. Bida mała. Ale na szczęście kontrolne badanie wykazuje poprawę i wystarcza tylko ta jedna.

2013-06-23 18.04.41

 

Takie porody to można mieć nawet codziennie, ekspresowo, właściwie bezproblemowo 😀

A czy Ty dobrze wspominasz swój poród?

945 total views, 3 views today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge