Leżing, plażing, smażing, czyli słów kilka o matkowym urlopie

Sezon urlopowy właśnie się zaczyna. Co i rusz przewijają się notki, że ktoś gdzieś właśnie wybywa na wypoczynek.  No właśnie, urlop. Słowo to kojarzy mi się z odpoczynkiem, błogim lenistwem, drinkiem (koniecznie z palemką). Dzisiaj kończy się mój roczny urlop. Jednak nijak miał się do tych moich (i nie tylko moich) wyobrażeń. Wie o tym każda matka, która na owym urlopie przebywa bądź przebywała. Ten urlop to nie leżing i plażing, ale ciężki harówing. Smażing czasem się zdarzy, ale wyłącznie w kuchni, na patelni. Ewentualnie w trakcie spaceru z wózkiem (choć z małym dzieckiem nie należy wychodzić w tych godzinach, gdy słońce świeci najmocniej, a tym samym – najmocniej smaży).

29205089_s
żródło: 123rf.com

Jak wygląda typowy urlop macierzyński?

Młoda matka na urlopie ciężko pracuje jako ten Pracownik. Szef jest bardzo wymagający, nie umie zwerbalizować swoich żądań, co tylko utrudnia wykonywanie codziennych pracowniczych obowiązków. I drze się na Pracownika, jeśli on nawet chwilę opóźnia się z domyśleniem, jaka praca aktualnie jest konieczna do wykonania. Każdy dzień jest właściwie jednakowy. Różnorodność tej monotonni zapewnia tylko pogoda i związana z nią okoliczność spaceru bądź jego braku.  Pracownik lewituje między karmieniem, zapewnianiem Szefowi rozrywek, gotowaniem i ewentualnie sprzątaniem, jeśli Szef wyrazi na to zgodę. Tylko musi jednocześnie pamiętać, że nie może się z tym zbytnio ociągać, bo inaczej  zostanie wyrwany głośnym nawoływaniem Szefa w połowie wykonywania zadania i będzie musiał to porzucić. Po czasie będzie mógł wrócić do przerwanej czynności. Albo i nie,  bo wszystko uzależnione od dobrej woli Szefa. I trzeba zacząć wyszystko od początku, bo nic tak nie wytrąca z ciągu sprzątania jak jego przerwanie…

Ja już jestem właściwie po urlopie. Powinnam być wypoczęta, pełna energii i zapału do wykonywania nowych, stojących przede mną zadań. Jest wręcz przeciwnie. Jestem wykończona, wiecznie niewyspana (choć niby przesypiamy całe noce), bo ten mój sen to z reguły jest sen czuwający). Nie pamiętam kiedy mogłam w ciągu dnia tak na spokojnie klepnąć się na kanapie i wyłożyć nogi na oparcie. Choć na 5 minut. Owszem, położyć się mogłam, ale z wyrzutami sumienia, bo to do zrobienia, to do ugotowania, to do sprzątnięcia, a jeszcze zajęcia dla dzieci trzeba przygotować. A Młodzież śpi „tylko ” 1,5 godziny (choć w chwili obecnej to jest aż, bo do lutego spała 2-3 razy na dzień po równe pół godziny).

Tak, ja też mam Szefa, a nawet dwie

Moja młodsza Szefowa jest wobec mnie bardzo wymagająca. O siedzeniu przy laptopie i przygotowywaniu zajęć w jej obecności mogę zapomnieć, ma na to alergię, a jej objawem jest awantura jak tylko zobaczy, że zbyt długo siedzę (czyt. powyżej ok. 10 minut), a ona musi sama siedzieć na podłodze. Pewnym odstępstwem jest chwila, gdy ona je, ja często wtedy sobie google’uję, ale też nie jestem w pełni skupiona na tym, co mam aktualnie zrobić. Albo jak ją zapcham bułką albo innym pożeraczem, ale zabijanie nudy jedzeniem to raczej nie jest zdrowy nawyk żywieniowy.

Często pozwala mi odkurzać (wow!), pod warunkiem, że czasem powciągam jej paluszki do rury (takie małe zboczenie ma 😉 ), w pełnym spokoju pozmywać i ugotować coś mogę raz na jakiś czas.

O bardziej generalnych porządkach mogę zapomnieć, chyba że Szefowa się zapomni i poślizgnie się ze spaniem (w ostatnich kilku dniach parę razy jej się zdarzyło).

Pewnego dnia zrobiłam mały eksperyment. Zajęłam się porządkami, bo bajzel w pokoju aż błagał o litość i posprzątanie (widzieliście ubranka na zdjęciu na FB? To były początki 😉 ). Najpierw jednak trzeba było zająć się bieżącym bałaganem (zabawki, ubranka na zmianę, żeby w razie wu nie latać na górę z rogolasowaną młodzieżą, odkurzanie, ogarnięcie wyschniętego prania. Oliv zawsze trzymałam w swoim pobliżu, żeby miała mnie na oku (a ja Ją).

chaos-227971_640
żródło: pixabay.com / Gwoli ścisłości – u nas aż tak nie wygląda 😉

Dzień wyglądał wtedy tak:

6.30 pobudka, śniadanie Oliwii, ogarnianie siebie samej

7.00 budzenie Wiktorii, śniadanie Wiktorii, ubieranie Oliwii

7.30 ubieranie Wiktorii (ubiera się sama, z moją pomocą, gdy to konieczne), idzie powoli.

8.10 jedziemy do przedszkola.

8.40 już w domu, odkurzanie, Młodzież lekko zniecierpliwiona, szybko kaszka i usypianie na drzemkę

9.20 pora zjeść śniadanie i naszykować zajęcia do przedszkola, szykowanie Oliwii obiadu, ogarnięcie ubranek z kanapy

10.30 wyjazd do pracy

12.15 powrót do domu, kończenie Oliwii obiadu, stołowanie się młodzieży; po obiedzie chwila zabawy, ja mam czas, żeby pozmywać

13.30 jedziemy po Wiktorię. I znowu bez zakupów, bo Oliwia już zmęczona się robi (obudziła się o 10.40)  marudzi już mocno i trzeba będzie od razu po powrocie ją położyć

14.15 jesteśmy w domu, czas na drzemkę. 45 minut siedzenia z nią, ale była tak rozżalona, że się z nią wcześniej nie bawiłam, że teraz sobie ten czas odebrała. Rozawanturowała się konkretnie i nie było mowy o zaśnięciu. Siedziałabym z nią jeszcze, ale obiad, ale sprzątanie… W końcu się poddałam i posadziłam ją na dywan, bawiła się sama albo z Wiką.

16.00 początek sortowania wysuszonego prania, jednocześnie szykowanie obiadu

16.30 znad zlewu słyszę potworny ryk Młodzieży Młodszej. Lecę, kapcie gubię, pytam co się stało. Wika ugryzła Oliwię w palec. Mało powiedziane – ugryzła – ona ją po prostu użarła jak jakiś prymitywny kanibal. Ślad w małym paluszku bardzo głęboki, nie dziwne, że tak płakała. Rozparawienie się z Wiką i jej czas na karę. Po tej rozprawce wywaliłam ją na podwórko.

16.45 Wiktoria przyszła z podwórka. Z butów osypuje się piach, wszystko na salon. Shit, znowu odkurzanie mnie czeka…

17.00 wypadałoby w końcu zjeść obiad… I znów zmywanie poobiedniej góry naczyń. Oliwka wściekła, bo zmęczona i znów się nią nie zajmuję

17.30 mam dość słuchania  tych wrzasków, ultradźwięków, pisków, jęków, ryków itd. Zarządzam KONIEC SPRZĄTANIA.

I wszystkie 3 zadowolone…

Tak, przyznaję się bez bicia – siedzę w domu i mam w nim bałagan. Ale z  założenia urlop macierzyński ma służyć przede wszystkim dziecku. I po trosze matce, by zregenerowała siły po ciąży i porodzie. Jakbym miała każdego dnia mieć błysk w domu, to Młodsza Młodzież już za niemowlaka by się okropnej nerwicy nabawiła. Cóż ja poradzę, że ona taka wysokoobsługowa i wymaga ode mnie zajmowania się nią? Może i od innych wymaga mniej, ale ja nie mam na to wpływu. Ode mnie wymaga i jej nie umiem przemówić do rozsądku.

Tego eksperymentalnego dnia nie było właściwie nic – zakupów, wizyty u lekarza (a tych w ostatnich miesiącach sporo), żadnego spaceru, wszędzie autem. Wszystko się utrudnia i opóźnia, gdy spacerem odprowadzamy Wiktorię i ją odbieramy – jeden taki spacer trwa ok. półtorej godziny, z zakupami dłużej.

A bajzel w pokoju praktycznie nietknięty. No ale kiedy ja miałam to zrobić? Ok, był jeszcze wieczór, ale jestem wtedy padnięta na pysk i nie w głowie mi wtedy segregacje ubrań… Albo innego dnia, kiedy nie prowadzę zajęć. Ok, też można, ale Młodzież w tym czasie już nie śpi, a sprzątanie z dzieckiem to… jeszcze więcej roboty.

Ogólnie nasz dzień wygląda w mniej więcej taki sposób:

6-7 pobudka, dzieci jedzą śniadanie, ubieranie ich i siebie,

ok. 8.15 staramy się być w przedszkolu (czy to autem, czy piechotą)

ok. 9.00-9.30 musimy już być w domu, żeby Młodzież zjadła przeddrzemkowy posiłek, posiadówka z nią i czekanie, aż zaśnie (co trwa od 5 do 40 minut, różnie)

czas młodzieżowej drzemki wypełnia mi śniadanie, sprzątanie, wymyślanie i szykowanie obiadów, szykowanie materiałów do zajęć

i teraz zależnie od dnia: poniedziałek i czwartek o 10.30 wybywam do przedszkola, wracam w okolicach 12.00, w piątek o 10 i przed 15 zaczynam godzinne zajęcia w domu (te drugie często z marudzącą Oliwią, chyba, że zdąży zasnąć)

12-13 obiad Oliwii (trwa  różnie od 10 minut gdy wszystko zje ode mnie łyżeczką, do ponad pół godziny, gdy stołuje się sama)

do 14 musimy odebrać Wiktorię z przedszkola

po powrocie do domu usypianie Oliwii, szykowanie obiadu, jeśli nie udało się zrobić tego rano, próby zorganizowania jako takiego ładu w salonie, zajęcie czymś Wiktorii

z obiadem najczęściej wyrabiam się na 17.00

Małżonek wraca różnie, w granicach 16.00 (rzadko)- 18.00, także ten cały czas jestem z nimi sama

19.00 mycie Oliwii, kolacja, w łóżeczku ląduje ok.20-20.15; kolacja Wiktorii, mycie jej i czekanie u niej, aż zaśnie – Małżonek lub ja ( Wiki zasypia różnie, czasem nawet godzinę)

ok. 21-21.30 czas wolny albo „wolny” kiedy staram się coś napisać na bloga, podszykować zajęcia, ogólnie pogoogle’ać, obejrzeć coś w pudle zwanym TV. Najczęściej jednak razem z Małżem zasypiamy i budzę się ok 1-2 w nocy, kiedy to trzeba by pójść do łóżka.

 

Oj tak, urlop macierzyński to ciężka tyraczka.

A ja już się boję tego co nastąpi od listopada, kiedy to w pełni wrócę do pracy zawodowej i zamiast 4 dzieci do terapii i 2 własnych prywatnych , będę miała ok. 40 do terapii (a każdemu będzie trzeba naszykować zajęcia) i 2 w domu… 5 razy więcej obowiązków…

Teraz jeszcze odbieram urlopy wypoczynkowe, w trakcie których na pewno wypocznę ( :/ ) a później do boju.

 

A u Was jak wygląda/wyglądał urlop macierzyński?

3,127 total views, 11 views today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge