Koszmar wraca jak bumerang

Od ponad miesiąca nienawidzę popołudnia.  Nie poranka. Popołudnia. Oliv zmienia wtedy ze względnie wesołej, pogodnej, gadatliwej dziewczynki w niemalże potwora. Potwora zapuchniętego, wiecznie do mnie przylepionego, wyjącego właściwie bez przerwy.

Obraz 16537a

Młodzież Młodsza za szybko zdecydowała,  że jest już duża.  Zdecydowanie za szybko. Ponad miesiąc temu powiedziała „pas” popołudniowej drzemce. Wiem, że są dzieci,  które w tym wieku śpią tylko raz w ciągu dnia, albo nawet i wcale. Może takie są ich potrzeby. I wcale mnie nie pocieszają słowa ich rodziców. Wiem, że dla Oliwii nie jest to jeszcze czas na takie decyzje.

Wiecie, Ona wstaje najczęściej ok. 6.00-6.30. Drzemkę ma od 10.00, czasem później, śpi z reguły półtorej godziny. Czyli od 11.30 jest na chodzie. I od mniej więcej 15tej zaczyna się jazda. Ostra jazda bez trzymanki. I tak się z nią bujam do 19tej, wymyślając cokolwiek, co by Ją względnie zainteresowało.

Książeczki – nie, klocki – nie, zabawa na kanapie – nie, przytulanki – nie. Dosłownie nic.

Podejmowałam próby położenia Jej na siłę. W łóżeczku, wózku, na kanapie, w ramionach… I nic. Wszędzie się wyrywa, urządza godzinną histerię i spać nie będzie. Poddaję się, zabieram na salony. Choć spać chce, co widać ( i słychać ) na pierwszy rzut oka (i ucha), to wiem, że dla nas popołudniowe drzemkowanie na dobre się skończyło. A Młodzież… Trze oczy, potyka się o własne nogi i o przeszkody  widoczne tylko dla Jej oczu, do tego puste, niewidzące spojrzenie. No i marudzi.

Teraz to już nawet nie podejmuję prób położenia Jej. I tak tylko wysłuchuję tego festiwalu wycia, a przerwach – koncertów Ryczki-Kwiczki na przeraźliwie wysokie tony i oceany wylanych łez.

Dziś, po tym jak 3 raz ze zmęczenia zleciała ze swojego bujaka i po raz kolejny rąbnęła głową o podłogę, znów z nadzieją powiedziałam – DOŚĆ. Złapałam, przytuliłam, wycałowałam łepek, i zaczęłam lulać, bo przecież jest tak wyczerpana, że musi w końcu zasnąć. I tak bujam – 10, 15, 20 minut. Ręce mdleją, bo ciężka, do tego bardzo się wyrywa. Dopięła swego, szlag by to…

Często nie mam już sił, po prostu zostawiam Ją na podłodze, siadam tak, żeby nie miała jak się na mnie uwiesić i niech robi co chce… Chociaż na 5 minut…  Możecie wieszać na mnie za to psy, tak, wiem, jestem wyrodna. Ale ja jestem tylko człowiekiem, sama muszę sobie z tymi popołudniami radzić. Za dużo tego jak na mnie samą.  Ich Tata wraca z reguły późnym wieczorem.

Choć uchodzę za osobę bardzo cierpliwą (jak to z logopedą z reguły bywa), granice mojej cierpliwości już dawno zostały przekroczone…  Zdarzyło mi się parę  razy na Nią krzyknąć. Od razu łapało mnie ogromne poczucie winy, bo to tylko taki maluszek, nic z tego nie rozumie, jest wycieńczona itepe itede. Ale… Rozum swoje, a nerwy swoje. Po prostu czasem wybucha we mnie coś, co gromadzi się przez dłuższy czas. Czara goryczy się przelewa. Kto to zna, ten rozumie. Często w takich chwilach marzę o tym, żeby wyjść z domu jak najdalej, byleby tylko nie musieć tego słuchać. Ale zostaję. A moje uszy puchną i łeb pęka…

A żeby nie było za lekko, do tego ogólnego kociokwiku swoje 5 groszy dorzuca Wika. Ma w przedszkolu leżakowanie, ale ile ja bym dała, żeby wykorzystała ta godzinę na efektywny odpoczynek (czyt. sen). Ale nie, po co… Ona tylko leży… A po całym dniu spędzonym na przedszkolnych szaleństwach po południu jest po prostu wykończona. I marudzi, jest złośliwa w stosunku do mnie i wystarczająco wyjącej już Oliwii.

Od ponad miesiąca moją najukochańszą porą drugiej części doby jest wieczór, kiedy Młodzież Młodsza wtula się we mnie, koi swoje skołatane myśli słuchając nuconych przeze mnie taktów wieczornej kołysanki. I odłożona do łóżeczka w ciągu 3 minut odpływa. Nastaje błogi spokój.

A ja, wykończona słuchaniem wielogodzinnego marudzenia i jęczenia, zasypiam o 21.00 na kanapie…

To dopiero początki samodzielnie podejmowanych przez Nią decyzji. Jeśli tak ma być dalej, to ja wysiadam… Niech Ona nie dorasta… Jestem bezradna wobec tej całej sytuacji i nie umiem sobie wyobrazić,  jak  długo jeszcze pociągnę.

Większą część tej notki napisałam dziś, podczas jednego z wielu takich popołudni. Pozwoliłam sobie na 20 minut w mojej samotni… Musiałam. Po to by odzyskać jako taką równowagę psychiczną.

Dziś, jak chyba jeszcze nigdy, nawet za noworodka, Młodsza zasnęła przed 19.00. I chwila przerwy dla Ryczki-Kwiczki. Do zobaczenia jutro :/

2,509 total views, 1 views today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge