Gdy matka zostaje sama na placu boju…

…  dzieci harcują. I szaleją. No tak, bo nie mogły sobie wybrać innego terminu. A Los jest przewrotny i zsyła największe kłody pod nogi wtedy, gdy już wydaje się, że jest ciężko. Co zesłał tym razem?

Wspólne chorowanie.

Zaczęło się niewinnie już w niedzielę. Trochę kasłały, ale jakby bez przekonania. Nic nie zapowiadało chmur burzowych, noc, kiedy Tata jeszcze nie pojechał, była bezproblemowa.

Poniedziałek. Jesteśmy już same. A dziewczyny na tą okoliczność zaczynają kasłać dużo mocniej (Oliv standardowo – jak rzężąca staruszka), katary się leją. Ale Matka myśli – kupimy syropek i się znów przeleczymy.

Idziemy na spacer, celem wręczenia kwiatuszka dla pani nauczycielki w grupie Wikuni, bo nie dostała go w piątek. Wracamy do domu i oczywiście MUSI zacząć padać deszcz. Oliwia na szczęście śpi, więc o tyle łatwiej, że nie krzyczy na folię, że jej świat przysłania. Biegiem do domu (czyli 40 minut), bo deszcz pada coraz mocniej. Przez to wszystko oczywiście syrop nadal w aptece, zamiast w mojej torebce.

W końcu docieramy na miejsce. Młodsza Młodzież śpiąca zostawiona na tarasie, pod zadaszeniem, Starsza – w domu, marudząca ze zmęczenia. Ale po co się zdrzemnąć.

Syrop ostatecznie dostarczył wujaszek i chwała mu za to.

Oliwia  mimo przespania w sumie ok. 3 (!) godzin (z przerwami na ataki kaszlu i ponowne zasypianie po nich), budzi się zmęczona, marudna (a Ona to potrafi dać w kość). Zaczyna się jazda bez trzymanki, bo obie marudzące, klikające, kaszlące. I tak przez kolejne 4 godziny

Nadchodzi wieczór. Szybkie mycie Młodszej, kolacja i czas błogiego snu. Tiaaaa, ale nie tum razem. Średnio co 10-15 minut wyrywana z objęć Morfiego przez potężne ataki kaszlu, płacząca, bo chwilami nawet zakasłać nie może.

Oporządzona Wiktoria idzie spać. Zasypia względnie szybko, choć nie może „przestać się ruszać”.  Kto zgadnie o co chodzi? Snułam domysły, że się wygłupia, żeby tylko nie zasnąć. W końcu mnie olśniło – trzęsło ją z zimna. Sprawdziłam czoło, ale wszystko ok. Swoją drogą podoba mi się to stwierdzenie, które wymyśliła nie zrozumiawszy, że się po prostu trzęsie 🙂

Nadchodzi 22.00. Matka szczęśliwa odpala HBO, bo się zaczyna serial „Pozostawieni”, wyczekiwany od wielu miesięcy. 5 minut obejrzane, emocje lecą do góry. Nagle na górze słychać stuknięcie. Wiki wychynęła z pokoju, stwierdzając, że chce spać ze mną. Udaje mi się ją przekabacić mówiąc, że Oliwia będzie ją budzić, bo co chwila kaszle i płacze. Wkopała się pod swoją kołdrę, ja siedzę i czekam, aż zaśnie. A tam na dole serial mi ucieka 🙁 Wikuś się kręci, wierci, zasnąć nie może. Coś mnie tknęło, sprawdzam czoło. Ups, gorączka. Idę na dół po termometr i syrop, bo widzę, że będzie potrzebny. Zapalam światło i stwierdzam, że temperatura chyba wysoka, bo usta malinowe i policzki w postaci dwóch wielkich czerwonych placków. Ale na wyświetlaczu raptem 38,2.

Z niemałym problemem udaje się namówić ją do wypicia syropu. Widzę, że sama już nie zaśnie, z serialem się pożegnałam, sprzątnęłam manatki i poszłam spać. Taki przynajmniej miałam zamiar.

Z zamiaru wyszły nici. Obie nawzajem przeszkadzały sobie w zaśnięciu, Oliwka jakby bardziej, bo kaszel duszący. W końcu ją też wzięłam do siebie. I obie namiętnie się chcą we mnie wtulać. Jeszcze trudniej zrobiło się, gdy się okazało, że Młodszej Młodzieży jakby lepiej, gdy jest prawie w pionie. Usypałam górę z poduszek, jedną ręką przytrzymywałam Młodszą, żeby nie zjeżdżała, drugą głaskałam Wiktorię, żeby zasnęła. I między nimi ja próbująca jakoś przymknąć oko, chociaż jedno.

W końcu Wiki stwierdza, że musi prawie wrosnąć swoją głową w moją, kładzie się się na poduszkowym kopcu i chce zasnąć na klęczkach. Kładę ją więc z powrotem na płasko, siebie układam koło niej, a Oliwię usiłuję utrzymać we względnie wysokiej pozycji. Zrobiło się mega niewygodnie. W końcu musiałam z tego pomysłu zrezygnować, bo i pozycja przestała przynosić efekt.

Kotłowanina trwa i trwa i wydaje się, że trwa już całe wieki. W końcu nie wiem jakim cudem, ale po 2.00  zasypiamy. Częstotliwość ataków Oliwiowego kaszlu spada, ale nie znika. Wreszcie nastaje poranek i po 456987164391 pobudkach wstajemy z Oliwią o 7.30, a Wikuń śpi do 9 (!!!).

 

Ciężka noc. Baaa, koszmarna. Ale co nas nie zabije, to nas wzmocni 🙂

CAM00386

Po raz pierwszy zostałam z nimi sama na tak długo. Zostałam rzucona na głęboką wodę bo od razu dziewczynki dały mi szkołę przetrwania. Dzień następny przyniósł zmiany, co prawda niewielkie, ale ważne, że na lepsze 🙂 Choć Oliwia nadal budzi się co chwilę udając rzężącą staruszkę, znów często płacze, mam nadzieję, że ta noc będzie o niebo lepsza. A przynajmniej w połowie przespana.

Tym bardziej, że następne dni będą naprawdę ciężkie. Czeka mnie 5-dniowy maraton aktywnego słuchania.

1,257 total views, 1 views today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge