Deszczowe przygody pewnego buta

Zaczęło się od pierwszego spaceru, porannego, gdy odprowadzałyśmy Wiktorię do przedszkola. Oliv miała na sobie skarpetki imitujące balerinki. Było pochmurno, ale w miarę fajnie. Po drodze się okazało, że już przestaje być fajnie.

Na głowy zaczęły padać coraz większe krople, coraz częściej rozpryskiwały się o nasze odzienia wierzchnie. Czym prędzej nakryłam Oliwię nieszczęsną folią, co by dziecię nie zmokło zbytnio. Wiktoria miała kurtkę nieprzemakalną z kapturem z daszkiem. I parasolkę. Ja nie posiadałam nic – ani parasolki, ani tym bardziej kaptura, nawet bez daszku. Tylko wiosenny, przemakalny płaszczyk.

Wykorzystałam małą, dziecięcą parasolkę na nasze dwie głowy i dalej biegiem do przedszkola. Z powrotem przyszedł, a raczej przyjechał, Małżon. Na odsiecz, na czterokołowym rumaku. Szczęśliwe, zadowolone i względnie suche wróciłyśmy do domu.

Po czym niebawem nadeszła pora na spacer drugi. LOGOmama już się wycwaniła i parasolki nie zapomniała. Dziarsko idziemy w deszczu (a raczej ja idę, a Oliv szczęśliwa jedzie w karocy, jak zafoliowana księżniczka). Z czasem robiło się coraz ciężej – pchanie ok. 30 kg, raz jedną, raz drugą ręką, manewrując między plackami błota, kałużami, usiłując jednocześnie utrzymać we względnej pozycji podwiewaną parasolkę – wykończyły siły LOGOmamy dokumentnie. Ale cóż, powiedziało się A, trzeba powiedzieć B.

CAM00279

CAM00280

W końcu dotarłyśmy do przedszkola. Wika obkaloszowana, wykurtkowana, wyparasolkowana szła i zwiedzała kałuże. Taki spacer znacząco się wydłużał, więc zagoniłam ją na jej hulajnogę. Zaczęło iść trochę szybciej, niestety do czasu. Ręce już mocno dawały się we znaki, bo pchały dodatkowo jeszcze Wikowe 15 kg (co daje nam niespełna 50 kg).

Deszcz zacinał raz z jednej, raz z drugiej strony, parasolka co chwila musiała zmieniać swoje położenie. Do pieca dołożyła Wika, gdy odechciało jej się trzymać swoją parasolkę. Teraz mój mały składak musiał wystarczać na nas dwie, dodatkowo pod innym kątem, bo daszek przy kapturze nie chronił przed deszczem, który zaczął zacinać w oczy.

W duchu modliłam się, żeby ten spacer jak najszybciej się skończył. A byłyśmy dopiero w połowie drogi. W normalnych warunkach atmosferycznych już dawno byłybyśmy w domu. A Góra nie słuchała, spacer zamiast się skracać, to jeszcze bardziej się wydłużał, im bliżej domu byłyśmy, tym dalej.

Gdy weszłyśmy na ostatnią prostą, pojawiły się kolejne kłody pod nogami w postaci drogi usłanej … Nie, nie różami. Błotem, a nawet błociskiem, i wielkimi kałużami co 10 cm. I dawaj, przeciskaj się.

CAM00282

CAM00281

 

Wika przeszczęśliwa, brodziła w tych kałużach (niekiedy dość głębokich) niczym bocian na dwóch nogach. Ja i Oliv już mniej szczęśliwe, każda z innych powodów.

CAM00283

CAM00284

CAM00285

Młodzież zasnąć nie mogła, bo delikatnie mówiąc, miała wnerw na folię na wózku, której nie lubi, bo przesłania jej piękno tego deszczowego świata. Co za tym idzie – była padnięta, co potęgowało wściekłość. Ja z kolei rozdrażniona bolącymi rękami, przebytymi w deszczu ponad 7 kilometrami i chlupoczącymi w butach basenami (wodę zaczęli napełniać już po wyjściu z przedszkola, czyli brodziłam przez 3,5 km).

Dotarłyśmy do domu i co?

 

 

 

 

 

Przestał padać deszcz!

Noż %^&%#*$*#^$$*# !!!

 

No dobra, ale gdzie w tym wszystkim jest ten tytułowy but? No właśnie, oto jest pytanie. Sęk tkwi w tym, że go nie ma. Polazł gdzieś, zostawiając swoją drugą połówkę na Oliwiuszowej stopie.

 

O nie, nie. Nie wracam się po niego, noł łej.

Zerknęłam tylko na drogę, czy gdzieś w pobliżu nie widnieje. O naiwności! Jasne, że nie, bo po co.

A mnie pozostaje tylko domyślać się, jak to się stało, że but wyparował przez koc i folię przeciwdeszczową.

Moja intuicja podpowiada mi, że Oliv mimo koca dostała się do buta i go zdjęła (co należy do jej ulubionych zabaw, buty zdejmuje po chwili od założenia). Następnie zaczęła go podgryzać, bo przecież są takie smaczne. A potem, nieprzyuważona, pozbyła się dowodu zbrodni przez wywietrznik w folii. Innych rozwiązań zagadki nie widzę, może kiedyś sama mi je wyjawi.

 

Trudno, będzie jeździła w jednym bucie.

Albo w skarpetkach imitujacych balerinki.

Tylko ten Pan But taki smutny 🙁

Obraz 1202

 

To była pierwsza wersja zakończenia tej historii.

Na szczęście znów na odsiecz przybył Szanowny Małżonek. Wieczorem pojechał na trening. W pewnym momencie dzwoni i mówi, że znalazł buta. Na naszej drodze, ok. 200 metrów od domu. I już chyba wiem, dlaczego nie zauważyłam jak Oliwia się go pozbyła 🙂

Ale ważne, że druga połówka znów szczęśliwa 🙂 Bucik przemoknięty do cna, ale nie nosił żadnych śladów rozjechania przez żadne pojazdy jedno- czy dwuśladowe. Brakowało też śladów rozdeptania przez jakiekolwiek stworzenie parzysto- ani nieparzystokopytne. Nawet nie był ubłocony. Wystarczyło, że wyschnie, i można się nosić 😀

Obraz 1203

1,083 total views, 1 views today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge